Katowice, nie moje miasto. Walka o Europejską Stolicę Kultury [Blogowo]
Listopad 26, 2009
Bajzel. Katowice startują w wyścigu o Europejską Stolicę Kultury. Niech pochłoną mnie do kolan wody Rawy, jeśli moje malkontenctwo w tym temacie okaże się chybione i miasto wygra. Ale nie wygra, bo wygrać nie może, chyba dla jego dobra.
Nie tunel pod rondem a autopromocja oparta o kandydaturę do ESK2016 będzie główną rękojmią w walce o fotel prezydencki Piotra Uszoka. Właściwie fotel pewny, bo wygrać z Uszokiem mogą chyba jedynie celebryci, albo arcybiskup Zimoń, na pewno nie żadni politycy. Może senator Bochenek, może Jerzy Gorzelik (wiele osób go namawia), może Marek Czyż. Choć wszystko to liche nadzieje.
Przestrzeń Katowic nijaczeje. Sytuacja w zawieszeniu trwa już 2 lata. Dajcie mi człowieka, które wie co się dzieje z rynkiem, dajcie mi człowieka, który wie, co się dzieje z przebudową Korfantego, dajcie mi kogoś, kto przekona mnie, że jet spójna wizja. Katowice do cholery to tak naprawdę mała mieścinka, której centrum nie ma więcej niż 2 km średnicy. I tak trudno zrobić pierwszy krok? W Łodzi bawią się w piaskownicy 5 na 6 km, w Warszawie podobnie, w Krakowie pierścieniem o średnicy 4km. Od początku byłem tak samo jak Robert Konieczny przeciwny pompowaniu milionów w ul. Mariacką. To nie będzie salon miasta. Każdy daleko wybiegający w przyszłość planista najpierw przyciągnąłby tu biznes, organizatorów czasu wolnego, tak zwanych „do from shit somethink”, gastronomię, świętego Idziego, kogokolwiek. A oni potem ludzi. Bo to ludzie przyciągają siebie najbardziej. Nie ławki i latarnie, które z nazwy są statyczne. I potem szybki remont. Stymulowanie ruchu na siłe trochę przypomina sterowaną gospodarkę. Tylko ludzi się nie dodkrukuje tutaj!
Gdzie jest ruch? Ruch jest tam gdzie ludzi, punkty zaczepienie, komunikacja, zapach hamburgerów, dźwięk trąbki i przekupki. Dla mnie centrum zamyka się w kwartale Skargi, Korfantego, Jagiellońska, Sokolska. Ale serce bije w trójkącie Stawowa, Mickiewicza, 3Maja.
Uwaga będę wymieniał. Mieszkańcy katowickiej moderny skarżą mi się, że nikt nie pilnuje inwazji okien PCV i anten telefonii komórkowej na przedwojenne kamienice, urzędnicy związani z Funduszem Ochrony Środowiska twierdzą, że mają pieniądze i chcą pomóc w termomodernizacji najstarszych, zabytkowych dzielnic Katowic, ale odbijają się od ściany, Nikisz sam sobie organizuje społeczność obywatelską (to akurat lepiej niż gorzej), to samo Szopienice i Giszowiec, o obwodnicy zachodniej cisza, o skwerze przy Sokolskiej Never Ending Story, targowisko przy Mickiewicza to chyba już stwardniały psi bobek, miasto wydało pozwolenie na przemielenie Supersamu a Dawidowi Lynchowi wstyd pokazać hale, o których marzy bo na przykład Uthemana roznieśli już złomiarze, chłopaki z IT i internetu, kwiat katowickiej młodzieży błagają o głupi patronat nad śląskim barcampem. Do tego dochodzi megacentrum handlowe w rdzeniu miasta (dla mnie rdzeń to miejsce przecinania się najruchliwszych tras ze strumieniami ludzkimi, czyli akurat pl. Szewczyka).
Od ludzi siedzących w katowickiej ochronie środowiska, którzy współpracowali jakiś czas temu z prezydentem a nawet urzędników z UM Katowice słyszę, że prezydent Uszok jest pracowity i pracuje 18 godzin na dzień, ale wszyscy wolą, by pracował 8. Słusznie. Z miastem jest jak z klubem piłkarskim. Mamy słabe skrzydła, szpicę i libero? Kupmy ich. Ogólnopolski konkurs na dobrego plastyka miejskiego, konserwatora zabytków czy ogrodnika miejskiego to byłby pierwszy dobry krok. Ale co tam. Katowice to już nie moje miasto. Moim znów jest Zabrze (posiadające z resztą piękniejszą modernę niż katowicka) Tutaj kilka jaskółek zapowiada dobrą wiosnę. Wizje przedefiniowania terenu Huty Zabrze, centrum a nawet turystyki przemysłowej mogą się podobać.
Moment. Co ja powiedziałem? To nie moje miasto? A może tak myśli większość. Większość ludzi, tworzących centrum tego miasta – czyli obcy, napływowi. Przyjezdni – przejezdni. Gliwice, Zabrze, Sosnowiec, Bytom. Jesteśmy tu tylko na chwilę, przelotem, chlapiemy butami na przejściu. Nas nie interesuje przebudowa centrum… Targowisko? Zwisa i powiewa. No właśnie.
Kilka razy wypowiedziałem się, czy na forum GKW czy luźno w internecie, że Katowice nie powinny startować w tym konkursie. Że za kilkanaście lat powinniśmy spróbować jako Metropolia Silesia i pokazać nową jakość. Jeśli już startujemy, będę pierwszym kibicem, ale budzi to we mnie nieprzebrane pokłady irytacji.
W ESK startujemy z hasłem „Katowice – miasto ogrodów”. O jak nowatorsko. Których? Będzie ul. Zajączka, Giszowiec, ogrody zimowe na modernie to juz przecież rupieciarnie i szuszarnie kożuchów pana Stanisława. Ogródki działkowe też upadają. Na Nikiszu podwórka są bardziej brązowe niż zielone a w ogrodzie przy tzw „zamku” na Załężu zakotwiczyły 3 ruiny samochodów. Kto wymyślił to hasło. Powiedzcie mi, a zaproszę go na podróż w nieznane. Czyli w miasto Katowice.
Najśmieszniejsze jest to, że lubię prezydenta Uszoka. Jest uprzejmym, jowialnym i wyjątkowo opanowanym gościem. I oczywiście znowu wygra. Ale jednak jakie miasto jest każdy widzi. Gdzie jest klucz do tej sytuacji?
Wrocław krasnali i Eberharda Mocka [Fotogaleria]
Listopad 22, 2009
Wpadłem na kilka godzin do Wrocławia, miasta, które się podoba już od dworca kolejowego. Jeden z 3 w Polsce halowych dworców – drugi jest w Legnicy a trzeci w Bytomiu.
Pozwiedzałem miasto nad Odrą na szybko, ale skutecznie. Stanąłem pod Renomą – modernistycznym domem handlowym z lat 30tych, w którym Eberhard Mock uwielbiał robić zakupy. I podrywać ekspedientki. Obok przy fosie do dziś stoi siedziba wrocławskiej policji, gdzie Mock miał swój gabinet przez wiele lat.
W punkcie informacji turystycznej kupiłem przewodnik po Wrocławiu śladami książek Marka Krajewskiego. Każde współczesne miejsce zostało nałożone na przygody Mocka. Architektura miasta nie zachwyciła mnie. Widac sporo plomb, zaślepek i przekłamań przestrzennych. Rynek bryluje, ale nie onieśmiela. Jednak miejscówki, odwiedzone szybkim krokiem jak Aula Leopoldyńska, Wieża Matematyków, Ostrów Tumski czy zakamarki Starego Miasta wynagradzają 30zł biletu na pośpieszny :) Reszta zdjęć poniżej w slajdowisku
Dougga, prawdopodobnie najlepiej zachowane rzymskie miasto w Afryce [zdjęcia, wideo]
Listopad 8, 2009

Nie Leptis Magna w Libii i nie Kartagina są najlepiej zachowanymi rzymskimi metropoliami. To położona w górach Atlas Dougga, stolica prowincji pustynnej, rzymska brama na Numidię i całą Afrykę, położona na spalonym słońcem płaskowyżu.
Dougga liczyła sobie w najlepszych latach nawet 6 tysięcy mieszkańców. Przybywały do niej karawany z całej Sahary ze złotem i kością słoniową. Sama handlowała oliwkami i niewolnikami. Być może tutaj przyprowadzono niewolnika – Jubę, czyli przyjaciela Maksimusa z filmu Gladiator. I być może to odosobnienie pomogło temu miasto przetrwać do dziś w bardzo dobrym stanie.
Do Douggi jechałem prawie cały dzień lokalnymi busikami, autobusem i przypadkowym transportem. Nie ma tu dobrych połączeń. Rzut kamieniem stąd już Algieria. Przed wejściem do ruin w małej budce siedzi Ahmed. Pracuje tu od 15 lat za 300 dolarów. Jest ojcem7-osobowej rodziny i codziennie dojeżdża tu lokalnym autobusem prawie 100km.
- Ciepło to mało powiedziane, to patelnia z 30 stopniami w najchłodniejszych miejscach. Mimo, że obiekt jest od 1997 na liście UNESCO, są dni, że przyjeżdża tu np tylko jedna para turystów – opowiada mi.
Dougge złupili i wyburzyli, przybyli tu z Hiszpanii Wandalowie. Wśród ocalałych budowli, dających kojący cień, zachował się monumentalny amfiteatr, ogromny Kapitol i Forum. Jest autentyczny układ ulic i mury domostw, wysokie nawet na 2 metry. Kolumny nie leżą, a stoją. uliczki usiana są brukiem z kamienia Gór Atlas. Mającego prawie 2 tysiące lat. Dougga przypomina trochę ateński Akropol – widoczna jest już z 50 kilometrów niczym klocki poukładane na gigantycznym stole.

















Ostatnie komentarze