National Geographic i Discovery w internecie. Free i HD

Lipiec 10, 2009

Gdyby pod ranking instytucji czy firm, o których ludzie nie mówią złego słowa podciągnąć markę National Geographic i Discovery z pewnością byłaby w czołówce w towarzystwie Państwowej Straży Pożarnej oraz polskich piłkarzy ręcznych.
Te kanały to większość naszego dzieciństwa, ciągłe nieustające zachwyty, udane zagospodarowanie czasu wolnego i nawet teraz – po intensywnym dniu pracy pomiędzy ósmą a ósmą fajny relaks wieczorny przy kolacji i piwku.

Dzięki wykopowi dowiaduje się, że większość ciekawych programów mogę już znaleźć w internecie i to w wersji HD. Tylko przyklasnąć, bo nie ma drugiego tak dobroczynnego działania. Oby jak najwięcej ludzi w wieku, w którym się kształtują oglądało. By uchronić się przez innymi, wątpliwymi rozrywkami.

Prawda też smutna, że era encyklopedii, albumów o dinozaurach, książek popularnonaukowych dla młodych czy atlasów dla dzieciaków mija. Książki podróżnicze z Tomkiem, autorstwa Alfreda Szklarskiego (ciekawostka jest taka, że mieszkał wiele lat w katowickim „drapaczu chmur”), powieści Karola Maya czy encyklopedie małego naukowca, albumy zwierzęta świata i inne takie. Mam wielki sentyment do tych wydawnictw, bo wykształtowały mnie jako człowieka. „W pustyni i w puszczy” pamiętam to do dziś jedyna książka przez którą nie spałem. Rodzicom po cichu dziękuję, że zawsze coś takiego do mnie trafiało. Tak się więc zastanawiam czy kończy się pokolenie Świata Wiedzy? Składanych dinozaurów, albumów z wklejanymi naklejkami zwierząt czy miast oraz DDreportera?. Pokolenie chłopaków, którzy budowali miasta w piaskownicy, garaże i zalewali je jeziorami z wiaderek. Pokolenie młodych ludzi, którzy poznawali świat raczej eksplorując, buszując w terenie, tworząc coś swojego, rysujących roboty, samochody, układających z kredek ulice miasta na dywanie. Wiadomo, czas mijał, zwyczaje mijały. Przyszły normalne męskie rozrywki. Ale tamten etap pozostanie niezapomniany. Lata 90-te zawsze będę wspominał z wielkim sentymentem.

swiat-wiedzy

Przy całej mojej miłości do internetu czuję boleśnie, że obecne pokolenie 10,12 i 14-latków raczej tego nie robi. Raczej czeka na „gotowe na patelni” i raczej stanowczo za wcześnie psuje oczy przed monitorami komputerów. A tam są o wiele atrakcyjniejsze rzeczy niż wiedza.

Ale cóż. Kijem Wisły już nie zawrócimy, więc Discovery HD i National Geographic serdecznie polecam. Zawsze lepsze to niż śmierdzący i plastikowy showbiznes, który z roku na rok wpychany jest w umysły coraz to młodszych odbiorców.

  • Share/Bookmark

Recepta na powodzie? System „małej retencji” [Wideo]

Czerwiec 22, 2009

Powódź w Myślenicach. Wylały małę rzeki / flickr by Rrrodrigo <code><br /> <div xmlns:cc=Powódź w Myślenicach w Beskidach. Wylały małe rzeki / by Rrrodrigo/ CC BY-NC 2.0

Polska część Sudetów z racji specyficznego ukształtowania jest najbardziej narażonym na powodzie obszarem w kraju. Średnie opady atmosferyczne w najwyższych partiach pasma nie odbiegają od tych notowanych w Tatrach i przekraczają 1000 mm na metr kw. Masy powietrza pochodzące znad północnego Atlantyku (kompleksy niżowe) przynoszą deszcz utrzymujący się od 2 do 4 dni, a czasem dłużej. Pojawia się również wilgotne powietrze znad Morza Śródziemnego, powodujące w lecie gwałtowne burze połączone z silnymi opadami.

Cechą charakterystyczną rzek i potoków sudeckich jest to, że są stosunkowo krótkie i mają duże spadki. Obfite deszcze powodują częste i gwałtowne wezbrania szczególnie na wiosnę i latem. Rzeki niosą wtedy oprócz wody, także sporo materiału skalnego, który zwiększa ich siłę niszczącą. Dlatego tak często w górnych odcinkach zlewni sudeckich dochodzi do zalań i podtopień, nawet jeśli na pozostałej części kraju opady nie wywołują poważniejszych zagrożeń.

Tezą lansowaną przez większość hydrologów w Polsce wobec sytuacji w Beskidach i Sudetach jest wybudowanie skoordynowanego systemu tzw. „Małej Retencji” we wszystkich górnych odcinkach rzek górskich. Polska należy do krajów, które tracą najwięcej wody pochodzenia naturalnego. Nie potrafimy zatrzymać ponad 80% wód opadowych, które bezpowrotnie wsiąkają w podłoże lub spływają korytami rzek, niejednokrotnie występując poza nie.

System Małej Retencji polega na wybudowaniu setek małych betonowych progów, kaskad, wodospadów oraz przede wszystkim małych zapór retencyjnych o pojemności od kilkuset tysięcy do kilku milionów metrów sześciennych. System ten byłby przygotowany do przyjecia fal powodziowych już na samym początku. Niejednokrotnie rzeka na odcinku górskim przyjmuje nawet 15 dopływów o równie górskiej specyfice.  Zakładając, ze w wyniku obfitych opadów każdy z nich podniesie swój stan wód o 100 proc., to po minięciu takiego odcinka rzeka niesie z sobą ok. 1600 proc. wody więcej niż zazwyczaj!

Załóżmy, że rzeka ta wpada do jeszcze większej, a tamta do kolejnej. Z takimi stanami wód mamy do czynienia w miejscowościach położonych niżej, a nawet już w środkowych odcinkach rzek.

Warto zastanowić się więc, czy jest sens co roku wygospodarowywać olbrzymie sumy pieniędzy na odbudowę mostów, dróg, wałów, skoro sytuacja na terenach, gdzie wszystko ma swój początek, jest wciąż nieuregulowana. Wystarczy, że będziemy potrafili przejąć w górnych odcinkach rzek o 25 proc. więcej wody niż dotychczas i dodatkowo za pomocą kaskad i progów zmniejszać ewentualne fale powodziowe.  Będziemy wówczas mogli mówić o sporym sukcesie, a zagrożenie dla miast takich, jak Jelenia Góra czy Kłodzko będzie mniejsze. Szczególnie o Kłodzko i całą Kotlinę mi chodzi, bo to miejsce, gdzie Nysa atakuje notorycznie. Dwa zbiorniki są wybudowane poniżej, za Otmuchowej, kolejny powstaje przy… Paczkowie. A w górze rzeki? Zero, nic, pustka. Kupiłem mapę Masywu Śnieżnika, by przeanalizować sprawę i oprócz małej zaporki w Międzygórzu, pamiętającej Niemców nie znajdziemy tam nic, co zatrzymać może wielką wodę, pustoszącą prawie co rok Kłodzko i okolice…

  • Share/Bookmark