Mapa wycieczki na Słowację w 2009. 15 dni w 1300zł
Styczeń 16, 2011
1. TRNAVA 2. BRATYSŁAWA (Miasto nocą, Starówka, Zamek Devin, Devinska Kobyla) 3. NITRA 4. BAŃSKA BYSTRZYCA 5. BAŃSKA SZCZAWNICA 6.VLKOLINEC 7. LIPTOWSKA MARA 8. NISKIE TATRY (Wędrówka na Chopok, Jaskinia Demianowska) 9. ZAMEK ORAWSKI 10. PODBIEL 11. TATRY WYSOKIE 12.SPISZ (Kieżmark, Lewocza, Zamek Spiski) 13. SŁOWACKI RAJ 14. DOBSZYŃSKA JASKINIA LODOWA 15. KOSZYCE
^^Z czasem powyższe punkty będę uzupełniał o nowe linki
Podróż po kraju naszego południowego sąsiada, do którego posiadam spory bagaż sympatii rozpocząłem z żoną i szwagrem w Cieszynie. Polskim i czeskim. Tam mieliśmy okazję na spokojnie zobaczyć, miasteczko i sprawdzić, czy warto tu wrócić kiedyś na dłużej. Warto.
Czeski Cieszyn jest ważną stacją kolejową jeszcze od czasów Czechosłowacji, dlatego też załapaliśmy się na „Rychlik” tnący en podłużny kraj od Pilzna aż po Koszyce. Jeżdżą one tędy, dlatego, że to najdogodniejsze połączenie, dzięki Przełęczy Jabłonkowskiej, która pozwala ominąć łuk Małych Karpat i Beskidów Morawskich ludziom chcącym przetransportować się pomiędzy krajami. Po przesiadce w Żylinie obraliśmy kierunek na stolicę, wcześniej jednak udało nam się wyskoczyć w Trnavie na 3 godzinki pozwiedzać miasto. Trnava to przedsionek winnego terenu Słowacji i pięknie wyglądające z góry miasteczko o pomarańczowych dachach. Najbardziej na północ śródziemnomorska starówka. Wieczorem dotarliśmy do Bratysławy, przekonując się, że dworzec kolejowy położony jest bardzo daleko od centrum. Na szczęście z zapoznaną szybko młodą Słowaczką przetransportowaliśmy się nad brzeg Dunaju do akademików „Red Star”, czyli wypaśnej miejscówki, przypominającej, że infrastruktura turystyczna bratnich krajów bloku komunistycznego żyje i ma się dobrze. To dobre i tanie miejsce o dobrej lokalizacji wypadowej na zachód od centrum.

Z tego faktu skorzystaliśmy następnego trochę wilgotnego dnia, gdy złapaliśmy autobus do Devina. To dawniej wioska, dziś peryferyjna dzielnica Bratysławy, położona przy ujściu Morawy do Dunaju i w miejscu, gdzie praktycznie rozpoczyna się Łuk Karpat. Do Devina udaliśmy się jak większość, by obejrzeć zamczysko, ale i aby na własne oczy zobaczyć rezerwat Devińska Kobyla i wydmy. Ale najlepszy z tego wszystkiego był widok na dolinę Dunaju. Po powrocie do miejscówki i przebraniu się, kilkunastominutowym spacerem udaliśmy się wzdłuż rzeki do centrum Bratysławy, by obejrzeć ją w wersji nocnej. Szczególnie imponująco prezentuje się w tym momencie dnia katedra, starówka, zamek królewski oraz most wiszący nad Dunajem.
Stare miasto na spokojnie, wraz z degustacją słowackich piw, okrążyliśmy dnia następnego, zaliczając z plecakami na plecach najbardziej charakterystyczne obiekty oraz głowy japończyków czy innych turystów. Niezdarnie gramoląc się po mieście z bagażem postanowiliśmy skrócić pobyt i uciec z miasta w kierunku wnętrza kraju. Szybko na dworzec, ale wcześniej zatrzymałem się w modernistycznej części przedwojennej Bratysławy. Z racji zboczeń magisterskich musiałem.
Najpierw w planach było Komarno i zakole Dunaju na granicy z Węgrami, ale ostatecznie ruszyliśmy w stronę Bańskiej Bystrzycy, zatrzymując się wcześniej w Nitrze, duchowej stolicy państwa. Nitra, znana jeszcze z czasów rzymskich to ciekawie położone miasto, w centrum którego wznosi się stożkowata góra a na niej najstarsza część miasta i ufortyfikowany klasztor oraz zamek. Niestety dokładnie tego dnia prowadzone były prace konserwatorskie, więc nie mogłem zfotografować wszystkiego, co sobie zaplanowałem. Przez najbliższe godziny naszym centrum wypadowym stała się Bańska Bystrzyca, trzecie co do ważności i wielkości miasto Słowacji.
Plusem Bańskiej jest dobra lokalizacja, tutaj przecinają się szlaki południkowe i równoleżnikowe w kraju. Skrupulatnie z tego skorzystaliśmy, czyniąc miasto bazą wypadową do Bańskiej Szczawnicy. BB to miasto o wielkim znaczeniu dla historii Słowaków, w środku miasta wznosi się ogromny i nietypowy późno modernistyczny pomnik-mauzoleum ku czci Powstańców Słowackich. Przeciw komu walczyli? Odsyłam do literatury, zaznaczając jednak, że losy Słowaków jako narodu nie są proste i przyjemne.
Bańska Szczawnica, leży schowana w kącie w Górach Szczawnickich jako miasteczko o górniczej legendzie. Tutaj w Austro-Węgrzech istniała jedyna górnicza szkoła wyższa i tutaj na królewskich prawach wydobywano kruszze na monety i nie tylko. Tutaj wreszcie możecie poczuć prawdziwą atmosferę średniowiecznej Słowacji (właściwie Węgier Górnych) zerkając do jednego i drugiego zamku, wiszącego nad miastem, zabytkowych kościołów czy np. jedząc prowiant na podłużnym ale bardzo urokliwym Hlavni Namesti. Stałym punktem programu jest tutejsze muzeum geologiczne. Ujdzie.

Siedząc w schronisku młodzieżowym w górnej części Bystrzycy nad moją mapą z Tatra Plan (polecam) rzuciłem odważnie, że przebijamy się do Martina-Vrutek ale tylko po to, by stamtąd przetransportować się do Rożumberoka i Vilkolińca. No i specjalnie wybraliśmy pociąg, bo trasa kolejowa Bystrzyca – Vrutky należy do najbardziej malowniczych tras w Europie Środkowej, z uwagi na niezliczoną ilość tuneli i serpentyn. Niektórzy kilkukilometrowych. Jadąc tą trasą nakręciłem krótki filmik.
Trochę łukiem, ale udało się nam dotrzeć do wioski Vilkolinec w środku tego samego dnia, mimo objuczenia plecakami i sporego podejścia na pieszo. Żywy skansen leży na stokach Malej Fatry obok Rożumberoka. Wracając z tego urokliwego zakątka z resztą byliśmy świadkami niesamowitej panoramy miasta i Gór Choczańskich po drugiej stronie. No i Kotliny Liptowskiej, naszej miejscówki na najbliższe 10 dni. Niby aż 10 dni, ale jak się potem okazało, tylko 10 dni.
Słowacja pokazała mi, że dla osoby mającej plecak, kartę VISA, plan zwiedzenia najwygodniej i najobficiej jakiegoś kraju – najlepszą opcją jest „metoda gniazd wypadowych”. Polega ona na tym, że owszem jeździmy po kraju, ale jak planujemy trasę ( o wiele łatwiej, gdy kraj podłużny ) wyznaczmy sobie sektory zwiedzania i adekwatnie do nich 3, 44 albo 5 miejscowości, gdzie będziemy spać. Wazne by było dobrze skomunikowane w 4 strony świata i gotowe. Takim gniazdem na sporą część Słowacji jest Liptovski Mikulasz. W szukaniu miejsc nie korzystam z przewodników, bo właściciele zdążają dowiedzieć się już o zaszczycie, który ich spotkał i windują ceny. Korzystam z serwisów internetowych lokalnych oganizacji turystycznych i docieram do pensjonaciku Andrzeja Bobuli w Mikulaszu, 8 minut od dworca, obok TESCO, pokój, grill, telewizja a płacimy 7 Euro. Spoko.
Andrzej kibicuje Słowackiej reprezentacji w hokeju na lodzie ale od kilku miesięcy również piłkarzom. A to dlatego, że Słowacy zaczęli porządnie grać. Jednak nawet nie wierzy, że za rok Hamsik i spółka jednak zagrają na Mundialu zamiast Polski czy Czech. Andrzej ma ogromnego owczarka, który wyjada nam prowiant. Szybko uciekamy z posesji z rana, gdy jeszcze śpi, na przykład w drodze do Demanovskiej Doliny, pięknej, dużej i popularnej okolicy w Niskich Tatrach. Jedziemy busem podmiejskim. Plan jest ambitny, bo wcześniej rano udajemy się do Demanowskiej Jaskinii Swobody, gdzie oglądam najpiękniejszą szatę naciekową, jaką miałem przyjemność kiedykolwiek zobaczyć. Obok znajduje się Demanovska Jaskinia Lodowa a obydwie, wraz z trzecią, niedostępną tworzą ogromny system, powstały w skałach wapiennych, gdy lodowiec, spływający ze szczytów Niskich Tatr musiał przedzierać się przez wapienne skały. Słowackie jamy w sezonie są bardzo oblegane a kolejki sięgają tu nawet kilku godzin, stąd wybór prosty – albo idziesz wcześnie rano przed otwarciem albo jesteś w ciemnej… no właśnie. Potem, jeszcze przez najazdem turystów udajemy się w górę doliny, gdzie wyrasta sporo ośrodków turystycznych o hoteli i niestety masa parkingów. Zanim zaczniemy czerwonym szlakiem wspinać się w kierunku Dumbiera i Chopoka odpoczywamy chwilę nad Vrbickim Jeziorem, niesamowicie pieknym, położonym w lesie polodowcowym zbiornikiem.

Na szczycie Dumbiera robię fotopanoramę a dalej przepieknym żółtym, szczytowym szlakiem schodzimy do doliny, robiąc łuk w stronę zachodnią. Powrót do Mikulasza oznaczał walkę z pęcherzami. Kolejny dzień zwiedzania Liptowa polegał na przetestowaniu fenomenu Liptowskiej Mary, czyli Słowackiego Morza. Był upał i żar, ale nad samym jeziorem pojawiały się chmury burzowe. Doskonałym ukojeniem odpoczynku był rejs po jeziorze. Było specyficznie, bo o to czujesz się jak pasażer stateczku otoczony ze wszystkich stron murem dosyć wysokich gór. Bardzo utkwiła mi w pamięci wyprawa w dniu następnym. Postanowiliśmy przebić się lokalnymi autobusami do Zamku Orawskiego. Najpierw jechaliśmy przez Rożumberok, ale wracaliśmy przez Oravice i Tatry Zachodnie neisamowicie krętą i widokową drogą. Polecam! Sam zamek oczywiście jest piękny, doskonale utrzymany i ma swój klimat – można kręcić na nim filmów co nie miara. Jednak odpycha tłumami i niedzielnymi turystami z Polski, którzy nierzadko uczestniczą w wycieczkach podchmieleni. Smutne. Niedaleko Oravskiego Podzamoku jest Podbiel. Wioska malowniczo położona nad Orawą i skalnym urwiskiem, która w połowie zbudowana jest z autentycznych, ponad stuletnich drewnianych chałup i zagród. Spacerując po wsi zauważyliśmy jeszcze coś niesamowicie śmiesznego. Na słupach rozwieszone są głośniki a z nich leci… muzyka weselna z wesela w remisie. Transmisja on-line!?
Ciąg dalszy nastąpi…
Skok na Istambuł. Zdjęcia, relacja, mapa z wycieczki. Wiele kultur, wiele epok
Styczeń 8, 2011
Gdy zbliżam się do Istambułu, pierwsze przedmieścia tego największego po Moskwie miasta Europy witają nas już na prawie 80 km przed Bosforem. To tak jakby Kraków zaczynał się w Katowicach. Skądkolwiek jedziesz, z Bułgarii, Grecji czy krajów byłej Jugosławii, trójkątna Tracja – europejska część Turcji systematycznie zwęża się ku gigantycznej metropolii. Nitki autostrad, torów kolejowych i mniejszych dróg łączą się w gęstym uścisku, tam gdzie kończy się Europa.
Coś więcej niż tylko gigantyczne…
O tym jak ogromna ilość ludzi czeka na nas w tym mieście świadczy już wielokilometrowy korek na kilkupasmowej autostradzie dojazdowej. Pomyśleć, że niektórzy codziennie dojeżdżają tak do pracy. Prawie 2 godziny. Mijam Morze Marmara, wewnętrzny akwen Turcji oraz dwie gigantyczne zatoki – Buyukcekmece oraz Kucukcekmece. Trzecią, najmniejszą jest Złoty Róg, miejsce w którym już bije serce Istambułu. Istambuł to jedno z najszybciej rozwijających się miast świata. Po stronie europejskich przedmieść jak grzyby po deszczu rosną gigantyczne biurowce, wieżowce, całe osiedla mieszkaniowe, bloki i centra handlowe, jak np kosmicznych rozmiarów IKEA.
Najbardziej interesująca część metropolii kryje się za murami obronnymi, wybudowanymi jeszcze za czasów rzymskich. Przy czym nie jest to w naszym europejskim mniemaniu starówka, licząca kilka km kwadratowych otoczona murem i plantami lecz gigantyczny obszar na czubku półwyspu, oddzielony od reszty lądu długą na kilkanaście km kamienną ochroną, sięgającą od Morza Marmara do zatoki Złoty Róg, nazywanej tak ze względu na kupców cennymi kruszczami, którzy nad nią się osiedlali. Dawny Istambuł, czyli bizantyjski Konstantynopol miał jeden z najwiekszych systemó obronnych na świecie. Oprócz murów Teodozjusza, drugi wał ochronny stanowił mur Konstantyna. Mury strzegły miasta również od strony morza a Złoty Róg był chroniony od strony Bosforu ogromnych żelażnym łancuchem, który utrzymywały na powierzchni drewniane tratwy. Mimo tego, w 1453 roku w maju wojska Mehmeta II, zwanego potem zdobywcą od północy zdobyły miasto. Tym samym skończyło się średniowiecze i zaczęło odrodzenie. Między innymi utrata Konstantynopola przez świat zachodni przyczyniła się do szukania nowej drogi do Azji czyli Wielkich Odkryć Geograficznych.
Pieszo przez metropolię
Kwateruję się w małym hoteliku w hałaśliwej dzielnicy Yenikapi, co znaczy „Żydowska Brama”, czy jak domniemam w czasach greckich na stromym zboczu, opadającym ku Morzu Marmara mieszkała diaspora żydowska. Stąd do ścisłego centrum miasta mam 20 minut na piechotę, więc nie wybieram supernowoczesnego tramwaju, który spina zachód starego miasta z jego środkiem i dawną genueńską dzielnicą Galata położoną po drugiej stronie Złotego Rogu, szczycącej się 40-metrową wieżą obronną – świetnym punktem widokowym. Supertramwaj sunie wzdłuż głównej arterii Istambułu, niosącej kilka nazw, ciągnącej się od ocalonej części rzymskiego akweduktu do mostu Galata. Również za czasów Konstantyna tutaj był kręgosłup miasta, przy czym zamiast rond, placów i skrzyżowań dawni planiści umieścili Forum Konstantyna, Teodozjusza, Hipodrom.
Idę pieszo, przecinając zatłoczone kupieckie dzielnice pełne ulicznych handlarzy, wózkarzy, kurierów i… dzikich kotów. Na każdym większym skrzyżowaniu można spotkać straganik z owocami, fryzjera, który zawsze ma klientów, mężczyzn sączących małe filiżanki kawy i herbaty lub pakowaczy przesyłek. Istambuł wciąż zachował w sobie sporo z kupieckiej mekki. Wszyscy wszystko wysyłają i odbierają w cztery strony świata, paczki skrupulatnie foliują, lepią taśmami i podpisują. Mam wrażenie, że po drodze minęło mnie tysiąc wózkarzy z pełnym ładunkiem paczek i kolejny tysiąc z pustymi wózkami. Dziś wołają na to „Cargo! Cargo!”.
Serce miasta wita mnie dobrą pogodą i niestety tłumem turystów z całego świata. Zaczynam na zachodnim krańcu dawnego Hipodromu, gdzie stoi kamienny obelisk Teodozjusza, który przybył tu prosto z Egiptu jako podarunek tego kraju dla Wschodniego Rzymu. Z dawnego Hipodromu najlepiej przejść od razu na dziedziniec Meczetu Błękitnego, czyli dzieła życia Sułtana Ahmeta. To charakterystyczny element krajobrazu miasta, jeszcze bardziej dominujący nad nim niż położona w sąsiedztwie Hagia Sofia, czyli Ayasofia. Wedle wszystkich znaków do meczetu wchodzimy na boso, kobiety zakrywają włosy i ramiona woalkami. Zarówno mężczyźni jak i kobiety muszą też zakryć kolana. Wyglądam komicznie trzymając w lewej ręce adidasy, na ramieniu torbę z obiektywami, w prawej aparat. Przydałaby się trzecia ręka, by zatkać nos. Zapach setek tysięcy stóp wtartych w dywan, którym wyłożone jest wnętrze meczetu jest zaskakująco niemiły. (Więcej informacji o Błękitnym Meczecie i moje galeria zdjęć)
Świadek dramatycznych historii
Co prawda drugi kolos miasta, czyli meczet Ayasofia znajduje się niedaleko, po drugiej stronie placu, postanawiam zwiedzić go następnego dnia. Będzie poniedziałek, powinno być mniej tłoczno. Po krótkiej wizycie w centrum informacji turystycznej i szybkim posiłku w tureckim McDonaldsie, gdzie – jak w restauracji – kelner, który jest też ochroniarzem przynosi ci jedzenie, postanawiam wsiąść do autobusu i przedostać się na drugą stronę Bosforu.

Słońce jeszcze świeci z południowego wschodu, niebo jest lekko upstrzone chmurami, więc widok z Azji na Europę będzie idealny. Poza tym to jeden z najważniejszych punktów podróży. Postawić nogę na moim trzecim kontynencie. Po godzinie nie zawiodłem się. Bosfor z Mostu Bogazici jest niesamowity, magiczny, totalnie zwalający z nóg. Ale ze wzgórza Nakkastepe, na którego zboczach jak się dowiedziałem najbogatsi Turcy mają posiadłości za kilkadziesiąt milionów Euro, ujrzałem Bosfor romantycznie piękny, spokojny, leniwy i bajkowy, wyglądający raczej jak skandynawski fiord, niż morderczy powód biblijnego potopu. Ten sensacyjny obraz katastrofy przedstawili pod koniec lat 90. William Ryan i Walter Pitman – dwaj geolodzy z Columbia University w Nowym Jorku. Powoływali się na dane z badań osadów morskich i twierdzili, że kilka tysięcy lat temu pękł lądowy pomost między Europą i Azją i największe w historii masy wody przelały się z Morza Śródziemnego do położonego o wiele niżej wtedy Czarnego, które powiększyło się w każdym miejscu o nawet 30 km.
Dziś cieśnina jest jednym z najbardziej ruchliwych kanałów morskich w Europie. Okno na świat nie tylko dla Turcji, ale również dla Rosji, Bułgarii, Rumunii czy Ukrainy. Reasumując – od kilkudziesięciu do kilkuset dużych statków dziennie. Świetnie widać to na południowym wybrzeżu starej części miasta. Na drugim tle mgliste Wyspy Książece, ale w roli głównej, na pierwszym flotylla statków handlowych, które szerokim wachlarzem podążają w stronę Bosforu. Nad cieśninę wracam wieczorem, gdy Parkiem Gulhane podążam za wyraźnie święcącą Wieżą Galata na azjatyckim brzegu. Jest ona swoistą „latarnią morską” miasta, pamiętajacą czasy faktorii genueńskiej w tym miejcu wiele wieków temu i wyznaczająca dzielnicę Galata ze słynnym stadionem Galatarasay. Przez wiele lat Geuna, dzięki opanowaniu tych okolic władała wodami Morza Czarnego, tworząc kolonie na przykład na Krymie.
Każdy kolor nocy
Nocny Stambuł proponuje wszystkie odmiany kolorów w różnych konfiguracjach. Zielony podświetlonej fontanny, za nią pomarańczowy wyraźnie oświetlonych minaterów Błękitnego Meczetu czy żółty w małych paleniskach na których kelnerzy z małych knajpek przygotowują żar do Sziszy dla swoich klientów. Szisza z prawdziwym kebabem, turecką kawą pod Aya Sophia z pokazem tańca tutejszych Derwiszów, to z pewnością jeden z najlepszych punktów tej wycieczki. Jest też agresywny czerwony – to pod ziemią w Cisterna Basilica, największego z 60 wybudowanych w czasach rzymskich podziemnych rezerwuarów wody pitnej. Tutaj właściwie noc jest bez przerwy a ogromne ryby, pływające w krystalicznie czystej wodzie są czarne i… ślepe.
Nocny Stambuł zaskoczył mnie czymś jeszcze. Tuż przed północą na nabrzeżu przy dworcu kolejowym pojawia się kilkanaście kutrów i promy. Tuż obok wyrasta ogromny tłum a w powietrzu unosi się charakterystyczny zapach. Nocny targ rybny. Czy rybacy pracują na kilka zmian? W drodze powrotnej oglądam jeszcze spektakl multimedialny na temat wpływu islamu na światową naukę. Głównie matematykę i medycynę. To wszystko akurat dla mnie było jasne. Trochę mniej dla zaskoczonych obok mnie Niemców czy Anglików. Jak również to, że miasto przez cały 2010 rok dzierży miano Europejskiej Stolicy Kultury.
O poranku próbuję tureckiej kawy. Dla zasady, bo kawy nie pijam i nowoczesnym tramwajem udaję się na Bazar Egipski. Gigatyczny kompleks handlowy, którego nazwa wywodzi się z czasó, gdy Egiptem rządziło Imperium Osmańskie a ten był głównym eksporterem przypraw. Znając dobrze dziwne zasady panujące wśród handlarzy kultury muzułmańskiej, nie planuję niczego kupować. Jednak sprzedawca wszystkiego, Orkan, zaprasza mnie do podziemnego poziomu jego straganu. To dla mnie coś nowego, czego jeszcze nie widziałem w żadnym kraju. Na poziomie -1 grupa Japończyków a on przekonuje ich po japońsku, po chwili Hiszpanów po hiszpańsku a Węgrów po Węgiersku. Czapki z głów! Wziąłem trochę herbaty.
Deser dla miłośników sztuki
W Aya Sophia czyli Hagia Sofia niebywałe wrażenie robi na mnie… ogromna mozaika Chrystusa Pantokratora, znana mi z większości podręczników do Historii. Na jednym chyba nawet była na okładce. Świątynia nie straciła nic na swojej urodzie i rozmachy z wyjątkiem przeraźliwych tłumów. Uciekam na chwilę w kąt na górnej galerii i wspinam się na parapet otwartego okna. Rozpościera się stąd widok na sąsiedni Błękitny Meczet, głębiej na centrum miasta, przedmieścia, Trację i dalej Europę. Meczet więc stanowi jakoby strażnicę pilnującą wjazdu do Azji lub jak kto woli, kontrolującą „przedpokój” do Europy.
Jeśli znajdziecie czas na chwile kulturowych podsumowań, koniecznie odwiedźcie Muzeum Archeologiczne Turcji i Bliskiego Wschodu niedaleko Pałacu Topkapi. Oczywiście jeśli nie wybierzecie możliwości zwiedzenia tego gigantycznego pałacu, którego rozmach przykrywa europejskie Escoriale, Wersale czy Carskie Sioła.
W Muzeum zgromadzono jedną z największych kolekcji sztuki z okresu istnienia jednego z największych imperiów. Turcy pieczołowicie dbali o pamiątki dawnych lat, które odkrywali na terenie swojego Imperium. Mamy tu sporą kolekcję sztuki rzymskiej, głównie z Cesarstwa Wschodniego jak i greckiej, trackiej, dackiej, perskiej czy żydowskiej. Przez kilka ostatnich godzin spędzonych w mieście odbyłem podróż po jednym z najbardziej zróżnicowanych terenów archeologicznych świata, co dla miłośników starożytności nie lada gratka. Na koniec stanąłem i zadumałem się przed Sarkofagiem Aleksandra Wielkiego, który został znaleziony przez osmańskich archeologów w XIX wieku w Sydonie.
Wracając ze Stambułu zastanawiałem się czy gdyby Aleksander żył dziś i miał zamiar tworzyć Macedonię, rosnącą gigantycznie na cały wschód, widząc ogrom Stambułu nie zatrzymał się tutaj i nie stwierdził, że stolicą świata będzie Stambuł, bo od niego świat się właściwie zaczyna. Wschodni i Zachodni.
ZACHĘCAM DO OBEJRZENIA WIĘKSZEJ ILOŚCI ZDJĘĆ ZE STAMBUŁU. TYM RAZEM SIĘ POSTARAŁEM. JEST ICH PONAD 70!
Industrial Ski, czyli biegówki z hałdą i kominem w tle
Styczeń 5, 2011
Gdy 5 lat temu przygotowywałem projekt ścieżek rowerowych w Zabrzu, śladem dawnych kolei dojazdoych, nasypów i pozostałości po infrastrukturze poprzemysłowej nie byłem jeszcze zapalonym back-countrowcem. Teraz analogicznie wypróbowałem megaindustrialny krajobraz Bytomia Szombierek, Bobrka, Miechowic i Mikulczyc na wyprawę narciarską. Prawie 10 km bocznymi ścieżkami, nieczynnymi torami, terenami dawnych zakładów przemysłowych, tunelami i nasypami. Bez konieczności ściągania nart i przechodzenia przez ulicę, czy jakąś dzielnicę. To jest kolejna rzecz, którą mamy u nas a nie ma nigdzie indziej. No i łagodny zjazd z hałdy na deser. Polecam!
Także do rowerów na nasypach, wycieczek indynature czy wycieczek śląskimi tramwajami polecam zimą śladówki. Czy ktoś jeszcze próbował?




















Ostatnie komentarze